• HynekBanner.jpg
  1. Start!
  2. Relacje przyjaciół
  3. Sklep Kolonialny
  4. Półka Sklepowa 2026
  5. Jak zerwany film

Jak zerwany film

Byłem wczoraj na pogrzebie. Niewielki cmentarz, cmentarzyk właściwie. Dzisiaj „już nieużywany”. Ale jeszcze do starych grobów/pomników można dołożyć urnę. Przejmujące. Jak każdy pogrzeb. Ale ta cisza wśród starych drzew. Gdy zdajesz sobie sprawę z tego, że tylko wiatr, ptaki wśród starych drzew. I wspomnienia. Być może tylko raz tam byłeś/jesteś. „Chowaliśmy” a brzmi to jak dziecięca zabawa w chowanego kolegę, z którym kiedyś… Tak, tak dawnych wspomnień czar. Kiedyś ściana w ścianę w jednym hotelu. Zakładowym zresztą. Tak samo trafiliśmy do tego samego miasta, do tej samej firmy. Potem, to także normalne każdy poszedł swoją drogą. Ale zdarzało się, że „przyjedź chcę się spotkać”. Na miejscu kilku chłopaków /jak to ładnie brzmi o czterdziestolatkach, albo i z okładem/ o tym samym imieniu. Co się stało? A chciałbym się zobaczyć z wami, bo lubię to wasze imię! Poezja w postaci czystej. No może Wyborowej. I fantazja. I coś, co dzisiaj chyba już się nie zdarza. Albo bardzo rzadko. I tylko wśród niektórych. Brak oczekiwania na rewanż.  A teraz kilku starszych panów z różami w ręku. I to już tylko w jedną stronę. Swoją szosą, jak na połowę maja kolejny /prawie dwucyfrówka/ pogrzeb kogoś bliskiego, to używając dzisiejszej nomenklatury niezły wynik. No cóż każde takie zdarzenie to reminiscencja, która wywołuje kolejne. Nowa, stara książka Martyny Wojciechowskiej i nasza wyprawa, wyjazd w Alpy w 1976 roku. Wydaje się prehistorią. Z blachowniańskiej ekipy, która wyjechała została połowa. I wśród różnych wspomnień na cmentarzu właśnie przypomniało mi się jak podczas przygotowań do wyjazdu, w Tatrach poleciałem w dół. Maj, śnieg, pode mną jakieś 300 metrów. Na dole piarg. Zsuwam się. Zabiłem czekan. I łopatka puściła. Ręczna robota. Przehartowana. Zabiłem zębatkę i jedyne co pamiętam to przewijające się w głowie pytanie: wytrzyma??? Pewnie z jakimś wykrzyknikiem. Pewnie wiecie z jakim. Za chwilę. Wiadomo czas to rzecz względna, więc chyba to, co piszę trwa znacznie dłużej niż to, co się działo. Za chwilę lina z góry. Ręce. Pamiętam, że spytałem Piotra „jak to jest, podobno w takich chwilach przed oczami /w mózgu/ przewija się życie a mnie tylko jedno - wytrzyma? Zapamiętałem i odpowiedź –„widocznie nie było ci pisane.” Pewnie tak. I jeszcze jedno. Pogoda w tych dniach jakby zimnych ogrodników przybyło, a zimnych Zosiek jeszcze więcej. Deszcz rzecz oczywista potrzebny, ale czemu przy okazji zimno. I ten „francowaty” wiatr, który dobiera się do skóry. A kożuchy w naftalinie już. Dojeżdżamy do cmentarza. Leje. Siąpi. Znowu leje. Zaczyna się uroczystość. I …Okno pogodowe. Nie tylko, że przestaje padać. Nawet wiatr cichnie. Dopiero zwracamy na to uwagę, kiedy uroczystość się kończy. I wracamy. Deszcz także.

AZH