Safari Marzeń
Na wyjazd do Afryki namówił nas Andrzej – kolega, z którym już trochę świata zwiedzaliśmy. Montował grupę swoich przyjaciół i nam też zaproponował kilka miejsc, z których skorzystali Grażyna z Wojtkiem i Krysia. To wszystko działo się w lutym, ale wyjazd był planowany na październik. I tak 19-tego października około 2-giej w nocy wylądowaliśmy w Nairobi – stolicy Kenii.
Noc była więc bardzo krótka, bo wcześnie rano ruszyliśmy do parku narodowego Nakuru. Po drodze zatrzymaliśmy się na krótki postój nad Wielkim Rowem Wschodnim. Jest to gigantyczne pęknięcie w skorupie ziemskiej, które stanowi część aktywnego systemu ryftowego, gdzie kontynent afrykański powoli rozdziela się na dwie części.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Po około czterech godzinach jazdy dotarliśmy do bram parku narodowego Nakuru Lake. Jest to jedno z najbardziej fascynujących miejsc w Kenii, położone na dnie Wielkiego Rowu Wschodniego. Choć park jest stosunkowo niewielki (ok. 188 km²), cechuje go różnorodność biologiczna i spektakularne widoki. Park ten jest jednym z najsłynniejszych w Kenii sanktuariów nosorożców. Na naszym safari nauczyliśmy się odróżniać nosorożce białe od czarnych (tak naprawdę oba są szare).Biały ma szeroki pysk do skubania trawy, a czarny spiczasty do zrywania liści. Biały jest największym afrykańskim nosorożcem, znacznie większym od czarnego. Aż dziw, że te potężne zwierzęta mogą biegać z prędkością ponad 50 km/h.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
W drodze nad jezioro spotkaliśmy stada bawołów uznawanych za jedne z najniebezpieczniejszych ssaków świata. Bawołów nigdy nie udało się w pełni udomowić, z powodu ich nieprzewidywalnego zachowania. Na "Czarnym Lądzie" nazywa się je "odwadniaczem" (dorosły osobnik pochłania dziennie 30 litrów wody, a w czasie suszy nawet 40) albo "czarną śmiercią". Zwłaszcza ten drugi przydomek działa na wyobraźnię. Bawoły to ssaki odpowiedzialne za jeden z najwyższych współczynników śmierci wśród ludzi (obecnie szacuje się, że bawoły afrykańskie zabijają od kilku do kilkunastu osób rocznie; atakują ludzi w przypadku zagrożenia dla siebie lub potomstwa). Rzeczywistym zagrożeniem dla nich są lwy. Te piękne zwierzęta dumnie spoglądały na nas pokazując swoje potężne rogi, które osiągają nawet metr długości.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Gdzieniegdzie przechodziły guźce - najbardziej charakterystyczni przedstawiciele świniowatych na sawannie. Nam podobały się ich imponujące kły oraz grzywa na grzbiecie
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Majestatyczne żyrafy „płynęły” po sawannie od czasu do czasu pałaszując liście kolczastych akacji. Ich charakterystyczny chód to efekt podnoszenie nóg z jednej strony ciała. Ela - nasza przewodniczka - nauczyła nas rozpoznawać płeć żyraf po ich rogach (samice i młode mają na końcu kępki włosów, a u samców końcówki rogów są łyse). Umaszczenie, czyli wzór na sierści świadczy o przynależności do danej rasy, a kolor o wieku (im starsza tym ciemniejsza). My spotykaliśmy najczęściej żyrafy Rothschilda i Masajskie.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Stada antylop towarzyszyły nam cały czas. Najwięcej widzieliśmy wesołych impali ale nie brakowało też gnu, kudu, gazel, bawolców oraz maleńkich antylop dik-dik.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie /gazelopki/
Jezioro Nakuru kiedyś było słynne z milionowych stad flamingów. W latach 2010-2012 poziom wody jeziora znacznie się podniósł co zmniejszyło zasolenie i spowodowało wyginięcie specyficznych alg, którymi te ptaki się żywiły. Ale spotkaliśmy je nad jeziorem podobnie jak wiele innych gatunków ptaków. Jezioro jest bezodpływowe – i teraz rządzą na nim pelikany. Jest jeziorem sodowym, którego wody – choć obecnie w mniejszym stopniu – zawierają duże ilości rozpuszczonego sodu, wodorowęglanu sodu i soli.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Na koniec dnia podjechaliśmy jeszcze do wodospadów Makalia Falls. Leżą one na południowym cyplu jeziora na rzece o tej samej nazwie. Woda spada tu z wysokości 10 m i największe wrażenie robi w porze deszczowej. W czasie naszego pobytu nie były zbyt imponujące, ale samo miejsce było fajne.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
W czasie jazdy z wodospadu do hotelu podziwialiśmy widoki zachodzącego słońca nad sawanną i jeziorem.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Rankiem następnego dnia pojechaliśmy nad jezioro Naivasha, także leżące w Wielkim Rowie Afrykańskim około 90 km na północ od Nairobi. Jest położone na wysokości 1884 m npm i – co rzadkie w tej okolicy – jest jeziorem słodkowodnym. Na początek wsiedliśmy do łodzi i ruszyliśmy na wodną wycieczkę po jeziorze gdzie mogliśmy podziwiać hipopotamy, które leniwie wypoczywały w wodzie z rzadka wychodząc na brzeg unosząc swoje ponad 2 tonowe cielsko. Te zwierzątka to trzecie pod względem wielkości lądowe zwierzę na świecie (po słoniu i nosorożcu)!
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Były też koby śniade i wiele gatunków ptaków. Ponieważ w ostatnich latach poziom wody w jeziorze gwałtownie się podniósł więc mieliśmy okazję pływać między martwymi, zalanymi drzewami wyrastającymi z wody, co tworzyło ciekawe krajobrazy.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Po około godzinie pływania dotarliśmy do Crescent Island – prywatnego rezerwatu – półwyspu w kształcie półksiężyca – gdzie mieliśmy okazję odbyć „piesze safari” wśród antylop, zebr i gnu, ponieważ nie ma tam dużych drapieżników.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Znad jeziora pojechaliśmy w kierunku parku narodowego Hell’s Gate – to ciekawe miejsce, przede wszystkim ze względu na występujące tu formacje skalne, wąwozy i zjawiska geotermalne. Na początek zatrzymaliśmy się przy skale Fischer’s Tower – 25-cio metrowej iglicy skalnej, która według legend Masajów jest skamieniałą kobietą. Można się na nią wspinać – co sobie odpuściliśmy – albo podziwiać góralki, które w jej okolicy mają swoje siedliska. Te niewielkie zwierzątka przypominają świnki morskie a wg naukowców to dalecy krewni słoni.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Główną atrakcją był trekking w kanionie Ol Njorowa – wąskim wąwozie wymagającym miejscami trochę gimnastyki. W niektórych miejscach ze ścian wąwozu wypływają gorące źródła. Nasz spacer po wąwozie trwał około godziny i był dla nas sporą niespodzianką.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Kolejny dzień zaczął się od długiej podróży na południe, do parku narodowego Amboseli. Park ten leży u podnóża słynnego Kilimandżaro i słynie przede wszystkim z ogromnych stad słoni. Na początek odwiedziliśmy wioskę Masajów. Masajowie to znana, półkoczownicza grupa etniczna z Kenii i Tanzanii, słynąca z dumy, tradycyjnego stylu życia, charakterystycznych strojów (shuka) i biżuterii, a także z silnego związku z bydłem. Zachowują odrębność kulturową, mimo prób modernizacji, a ich życie kręci się wokół wypasu bydła, budowania domów (manyatta) przez kobiety i rytuałów. Masajowie zatańczyli dla nas Taniec Skoków (Adamu). Im wyżej skacze wojownik tym jest lepszym kandydatem a męża.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Mieliśmy okazję odwiedzić wioskę i tradycyjne chaty budowane przez kobiety z patyków, gliny i krowiego nawozu, który po wyschnięciu jest twardy jak beton.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Po odwiedzinach w masajskiej wiosce pojechaliśmy na safari po parku. Przede wszystkim mieliśmy okazje oglądać wielkie stada słoni, żyraf, zebr i antylop. Spacerujące słonie afrykańskie robią ogromne wrażenie. W końcu to obecnie największe żyjące zwierzęta lądowe. Samce osiągają wys. 3,5, a nawet 4 m przy wadze 7,5-8 ton. Od słonia indyjskiego różni się przede wszystkim większymi uszami i potężnymi kłami, które miewają do 3,44 m dł. W Parku Amboseli do trzeciego stycznia br. żył słynny wielki słoń Craig. Miał on rekordowej długości ciosy, z których każdy ważył niemal 45kg.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Trudno sobie wyobrazić sawannę bez zebr. Były po prostu wszędzie, same lub w towarzystwie innych zwierząt. Po malowniczych paskach można poznać co to za zebra: stepowa, pręgowana czy też górska. To tak co do zasady, ale nie ma dwóch takich samych wzorów.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Życie na sawannie to wiele dramatów - mieliśmy okazję zobaczyć orła który pożerał upolowaną ofiarę.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Pod wieczór odsłoniła nam się trochę najwyższa góra Afryki – Kilimandżaro. Nie była to super widoczność, ale …
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Po noclegu na kampingu wcześnie rano ruszyliśmy w stronę granicy Tanzanii. Po drodze oczywiście mieliśmy okazję podziwiać liczne stada zwierząt – przede wszystkim słoni, ale też i zebr, gnu. Fajnie nam też zapozował król sawanny – lew. Przede wszystkim tu i w parku Serengeti obserwowaliśmy przedstawicieli rodziny lwów. Zwierzęta nie przejmowały się tym, że obserwowaliśmy je podczas posiłków, a później w czasie sjesty.
Tak dla ciekawości to kolor grzywy ma znaczenie dla lwic. Im ciemniejsza grzywa, tym większym zainteresowaniem cieszy się samiec. Naukowcy sprawdzili, że ma to swoje uzasadnienie ponieważ ciemny pigment jest wytwarzany jedynie w przypadku samców odznaczających się nienagannych zdrowiem i świetną kondycją.
Lwy potrafią się między sobą komunikować poprzez wydawanie bardzo różnorodnych dźwięków. Ryk lwa można usłyszeć z odległości sięgającej nawet do kilkunastu kilometrów. I takie odgłosy dochodziły nas podczas noclegów na kampingach.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Wszędzie na naszej trasie pojawiały się małpy. Najwięcej było pawianów (baboons), które chętnie kradły turystom wszystko co kolorowe.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Spotkaliśmy także pana strusia z haremem. Są to największe i najszybsze nielotne ptaki lądowe. Potrafią biegać z szybkością 70 km/h. Podobno widzą dobrze na odległość 5 km (wg Wikipedii)
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Po przyjeździe na granicę pożegnaliśmy się z kierowcami naszych jeepów i po przejściu granicy przesiedliśmy się do autokaru, który dowiózł nas do tanzańskiego miasta Arusha. To czwarte co do wielkości miasto w Tanzanii. Liczy około 400 tys. mieszkańców. Leży w pobliżu parków narodowych Serengeti i Ngorongoro więc rozwija się dynamicznie korzystając z przyjazdów rzeszy turystów.
Ponieważ mieliśmy trochę czasu Ela zaproponowała nam odwiedziny w Centrum Dziedzictwa Kulturowego. To miejsce, gdzie w jednym kompleksie można podziwiać sztukę i artefakty z przeszłości i współczesności Tanzanii i innych krajów Afryki Wschodniej. To był strzał w dziesiątkę. Zgromadzone tam eksponaty zrobiły na nas wielkie wrażenie.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Po zwiedzaniu centrum pojechaliśmy jeszcze do Muzeum Historii Naturalnej. Mieści się w Boma, byłym niemieckim kompleksie kolonialnym, zbudowanym w latach 1900. Głównym zadaniem muzeum jest gromadzenie i ochrona informacji o dziedzictwie przyrodniczym oraz edukacja i upowszechnianie tych informacji poprzez wystawy i publikacje. Mieliśmy okazję podziwiać tam 160 letniego żółwia i zgromadzone eksponaty głównie okazy ptaków, wypchane zwierzęta, wystawę entomologiczną oraz zbiory archeologiczne.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Po odwiedzinach w muzeum pojechaliśmy do hotelu na zasłużony odpoczynek po pełnym wrażeń dniu.
Następnego dnia po śniadaniu ruszyliśmy jeepami w kierunku parku narodowego Serengeti. Droga do Serengeti wiedzie wzdłuż krawędzi słynnego parku Ngorongoro. Zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym wznoszącym się 600 metrów nad dnem ogromnego krateru.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Dojazd do parku Serengeti zajmuje prawie osiem godzin czystej jazdy. A my po drodze zatrzymywaliśmy się aby podziwiać zwierzęta i ptaki. Mieliśmy rzadką okazję zobaczyć serwala, jednego z najpiękniejszych i najzwinniejszych kotów. Ponoć bardzo trudno go zobaczyć. Ela, nasza przewodniczka, która uczestniczyła od lat w wielu safari widziała go pierwszy raz!
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Na kamping dotarliśmy już po zachodzie słońca. Trzeba było jeszcze rozstawić namioty i jakoś się w nich zorganizować jako, że mieliśmy na tym kampingu spędzić dwie noce. Warunki były spartańskie, ale największe wrażenie robił brak jakiegokolwiek ogrodzenia a w pobliżu rozlegały się ryki lwów a w ciemnościach połyskiwały oczy hien czy szakali. Noc w namiotach była więc ciekawym przeżyciem
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Kolejny dzień był w całości poświęcony na safari w Serengeti. Jest to jeden z niewielu obszarów na Ziemi, gdzie natura wciąż dyktuje warunki na tak ogromną skalę. Słowo „Serengeti” pochodzi z języka Masajów od słowa siringet, co oznacza „miejsce, gdzie ziemia ciągnie się w nieskończoność” lub po prostu „bezkresne równiny”. Park zajmuje powierzchnię 14 763 km2. To prawie dokładnie tyle co u nas województwo małopolskie. My byliśmy w Serengeti Centralnym gdzie otwarte równiny południa łączą się z pagórkowatym, lesistym terenem północy. Dzięki rzece Seronera, która płynie tu przez cały rok, zwierzęta mają stały dostęp do wody. Oznacza to, że nawet gdy w innych częściach parku panuje susza, tutaj życie tętni bez przerwy.
Podjechaliśmy do malowniczej grupy skał porośniętych kaktusami i inną ciekawą roślinnością. W tym otoczeniu pokazał nam się lampart, którego tak na prawdę jest bardzo trudno spotkać. Czatowanie z aparatami fotograficznymi w ręku zaowocowało fotkami tego pięknego ssaka z podrodziny panter, który jest pod względem wielkości czwartym kotem na świecie (po tygrysie, lwie i jaguarze).
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Przemierzając Serengeti mieliśmy znowu trochę szczęścia. Pokazał nam się gepard uważany za najszybsze zwierzę (w trzy sekundy osiąga ponad 100 km/h!). Tego drapieżnego kotka trudno wypatrzyć, ale nam się pokazał. Piękne, lekko pomarańczowe futro z drobnymi, czarnymi plamkami oraz charakterystyczne czarne linie na pysku jak ślady po łzach pozostaną w pamięci i na fotkach. Z ciekawostek to doczytaliśmy się, że gepardy jako nieliczne koty nie mogą chować swoich pazurów.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Oprócz tych spektakularnych ssaków, spotkaliśmy też mało znane mungo pręgowane i oczywiście różne gatunki ptaków
Mieliśmy okazję podziwiać niesamowite ilości zwierząt – przede wszystkim gnu, ale także lwy, lamparty, gepardy, hipopotamy, żyrafy, bawoły i antylopy. No i ptaki.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Wśród pasących się antylop od czasu do czasu można było dostrzec hieny, które może nie są lubiane ale tak naprawdę to silne i mądre drapieżniki, które są doświadczonymi myśliwymi.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Kolejne spotkane drapieżniki to szakale szukające pożywienia.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Na kamping wróciliśmy wieczorem a przy wjeździe fajny spektakl pokazały nam marabuty – najbrzydsze ptaki Afryki. Ten duży ptak z łysą głową i szyją, jest częścią afrykańskiej "Brzydkiej Piątki" (Ugly Five), żartobliwego określenia na zwierzęta, które nie są urocze, ale mają kluczowe znaczenie w ekosystemie. Do "Brzydkiej Piątki" zalicza się także gnu, hieny, guźca (dzika) i sępa.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Po dwóch nocach w Serengeti ruszyliśmy do obszaru chronionego Ngorongoro. Po drodze oczywiście mieliśmy okazję oglądać różne zwierzęta. Zatrzymaliśmy się też przy wąwozie Olduvai. To jedno z najważniejszych miejsc archeologicznych na świecie, położone w drodze z Ngorongoro do Serengeti. To właśnie tutaj odkryto dowody na to, że Afryka jest „kolebką ludzkości”. W wąwozie, przez dekady pracowali słynni antropolodzy Mary i Louis Leakey. Odkryli w nim szczątki „człowieka zręcznego”, jednego z naszych najwcześniejszych przodków, który żył ok. 2 mln lat temu i jako pierwszy zaczął używać kamiennych narzędzi. Znaleziono tu także czaszkę hominida o potężnych szczękach (stąd przydomek Dziadek do Orzechów), co było przełomem w nauce w 1959 roku.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do krateru Ngorongoro. Jest to ogromna kaldera – czyli zapadnięty stożek wulkanu. Kiedyś ten wulkan mógł być wyższy niż Kilimandżaro! Około 2-3 miliony lat temu doszło do gigantycznej eksplozji, po której wulkan zapadł się do środka. Dno ma około 260 km2 powierzchni (to trochę mniej niż cała Warszawa), a jego ściany wznoszą się na 600 metrów w górę. Na środku krateru znajduje się słone jezioro Magadi. Ze względu na budowę terenu żyje tu zamknięty ekosystem dzikich zwierząt. Mieliśmy tu okazję zobaczyć wiele z tych zwierząt – w tym flamingi nad jeziorem Magadi.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Po safari na dnie kaldery wyjechaliśmy na krawędź na kamping, na którym spędziliśmy kolejną noc w towarzystwie dzikich zwierząt.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Pobyt w Ngorongoro kończył naszą przygodę na safari. Rankiem ruszyliśmy do Arushy. Z Arushy część osób poleciała 12-osobowym samolotem do Nairobi a reszta grupy przejechała tę trasę wynajętym mikrobusem.
Najważniejszą atrakcją ostatniego dnia naszego pobytu w Afryce było zwiedzanie muzeum Karen Blixen. To miejsce, które przenosi w czasie do kolonialnej Afryki z początku XX wieku. To tutaj duńska pisarka mieszkała w latach 1917–1931, co opisała w swojej słynnej książce „Pożegnanie z Afryką”.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Po zwiedzaniu muzeum pojechaliśmy jeszcze do Centrum Żyraf. Jest to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie można stanąć oko w oko z tymi majestatycznymi zwierzętami. Żyrafy można karmić specjalnym granulatem, którego porcję otrzymuje się w ramach biletu.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Centrum to nie tylko atrakcja turystyczna, ale przede wszystkim ośrodek badawczy i edukacyjny fundacji AFEW (African Fund for Endangered Wildlife). Skupia się ono na ratowaniu żyrafy Rothschilda – jednej z najbardziej zagrożonych podgatunków.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
To był ostatni punkt programu naszego pobytu w Kenii i Tanzanii. Trzeba przyznać, że safari w parkach narodowych w tych krajach to naprawdę „Safari Marzeń”. Udało nam się zobaczyć wszystkich przedstawicieli Wielkiej Piątki Afryki (króla sawanny lwa, szybkiego lamparta, ogromne słonie, bawoły oraz groźne nosorożce) czyli pięć gatunków ssaków, uznanych przez tamtejszych myśliwych za najbardziej niebezpieczne na kontynencie. W sumie przejechaliśmy ponad 1600 km – wiele z nich po drogach sawanny. Poniższa mapka pokazuje naszą trasę.
Kliknij miniaturkę aby powiększyć zdjęcie
Nie sposób też nie wspomnieć o tym, że grupa była super – więc i wspólne podglądanie zwierząt było przeżyciem. A przewodniczka Ela zasłużyła na wielkie uznanie.
Dorota i Jurek


