• HynekBanner.jpg
  1. Start!
  2. Relacje przyjaciół
  3. Sklep Kolonialny
  4. Półka Sklepowa 2026
  5. Stany przejściowe

STANY PRZEJŚCIOWE

Przeczytałem tekst Urszuli Zajączkowskiej „W międzyczasie”_ w  Tygodniku Powszechnym. O życiu. Poezja.  Mimo, że proza. Cytuję fragmenty…

… „W listopadowym ogrodzie fotografuję różę. To roślina w milionach odsłon artystycznych definicji piękna, przemielona przez kulturę, z ciężarem symboliki miłości, namiętności, śmierci bohaterów, matek, dziewic. Nie ma chyba drugiej rośliny tak obciążonej znaczeniami, tak przykrytej warstwami interpretacji, że trudno pod tym wszystkim zobaczyć samą roślinę: łodygę, kolce, liść. Szczególnie w grudniu. Wtedy piękno przestaje być tematem, zaczyna nim być stan. Fotografuję więc to, co według naszych wyobrażeń było różą, albo to, co miało być owocem róży, ale nie jest ani jednym, ani drugim, utknęło w międzyczasie. Pozostała po nim forma, którą może zmienić tylko czas, deszcz, grzyby i bakterie.

Kolce naostrzone. Dno kwiatowe napuchnięte, w plamach rozkładu. Działki kielicha skurczone paralitycznie, zaciśnięte w jednej pozycji, jakby od dawna nie miały już prawa się poruszyć. Pręciki zgrupowane, brunatne, sklejone. Nie wiem, jak ją nazwać. Brązowa struktura resztki kwiatu róży z napuchniętym dnem kwiatowym? Gdzie w tej formie kończy się kwiat, a zaczyna owoc? Albo gdzie kończy się jedno i drugie, a zaczyna coś trzeciego? Stan bez nazwy, który będzie trwał miesiące, może dłużej. To ciągle jednak jest róża, tak jak była, wtedy obsypana kwiatami albo w czerwieniach przewieszających się pędów dźwigających owoce.

Metamorfozy w trakcie więdnięcia i umierania nie są dla nas opowieściami o gatunku, tylko o rozpadzie. W opisie zostaje więc wzrost i ciągłe stwarzanie.

        W tym porządku czasu działają geofity, rośliny całkiem podziemne. Zimą ich związek z ziemią widać najostrzej. Nad powierzchnią wszystko gaśnie: liście umierają i rozsypują się tuż u podstawy łodygi, której zostaje tylko suchy rysunek. Dla nas to wygląda jak koniec. Geofity pokazują bezczelnie, jak bardzo utożsamiamy życie wyłącznie z tym, co widoczne. Gdy część nadziemna zamiera, ciężar trwania przenosi się do kłączy, cebul, bulw, zgrubiałych odcinków osi pędu, do tkanek spichrzowych. W tych organach nie ma nic do podziwiania dla estety. Ich logika jest fizjologiczna: przechować wodę i węglowodany, utrzymać zdolność wzrostu, przetrwać ucisk gleby, wahania wilgotności i temperatury, kontakt z grzybami, bakteriami, rozkładem. Kwiat to konieczny wypadek w życiu tych brzydali, a cała reszta to długie trwanie w trybie, jaki dla naszego oka jest nieatrakcyjny. 

        Dlatego jesień i zima są dla mnie porą, w której przyroda wydaje się najbardziej autentyczna. Wiosna jest łatwa do podziwiania, bo jest więcej światła i ciepła, bo daje formy rozpoznawalne i estetycznie atrakcyjne, wytęsknione, bo po okresie mroku. Nie dziwią więc nasze zachwyty nad krokusami, tulipanami. Było przecież tak zawsze. Przez dwieście tysięcy lat szwendaliśmy się po burych stepach. Kto zauważył czerwone jagody, ten je zjadł, ten przeżył, a wrażliwość oka została.

Jednak jesień i zima odsłaniają proces, który w żadnym stopniu nie ma obowiązku być przyjemny w odbiorze. Fenomen rozpadu jest cierpliwy, jest dobry, rozciągnięty, lepki od wilgoci, brudny i długo trzyma nas w zawieszeniu między tym, co jeszcze trwa, a tym, co już nie przypomina siebie z czasu lata. Te fazy pomiędzy są najtrudniejsze do uniesienia, bo nie dają ani triumfu formy, ani czystej puenty końca. A przecież właśnie one są fundamentem przeistoczeń żywych.” 

AZH

We use cookies
Ta strona korzysta z plików cookies. Używamy plików cookies wyłącznie do analizowania ruchu na naszej stronie. Nie zamieszczamy reklam, nie wymagamy logowania, nie zbieramy żadnych innych danych osobowych. Korzystając z naszej strony internetowej, zgadzasz się, że możemy umieszczać tego rodzaju pliki cookie na Twoim urządzeniu.